środa, 17 czerwca 2015

Prolog

                                   Wiek XIX. Londyn.

Godzina była późna. Przez otwarte okno pomieszczenia Gotham słyszał przejeżdżającą dorożkę. Pocił się. Nie pamiętał, dlaczego znalazł się w laboratorium, przywiązany do krzesła. Sznur boleśnie wpinał mu się w dłonie, ale on bał się jakkolwiek poruszyć. Głośno przełknął ślinę. W końcu jego oprawca poruszył się w cieniu.
- Cóż, Panie Gotham... Jestem Pańskim Dłużnikiem... Muszę się jakoś odwdzięczyć.
Gotham załkał,kiedy tamten przyłożył mu lufę pistoletu do skroni.
- Błagam panie! Jeżeli pragniesz pieniędzy... Dam ci tyle ile żądasz!
Złoczyńca nachylił się, światło odbijające się z ulicznej latarni oświetliło mu twarz. Był młody, mimo zarostu wyglądał na zaledwie dwadzieścia lat. Gotham pomyślał o swoim synu, który był w podobnym wieku. Młokos na słowa zakładnika zmarszczył swe brwi i zaśmiał się.
- Doprawdy, jest Pan niezwykle hojny, ale pragnę czegoś innego. Pewnie domyśla się już Pan, dlaczego spotykamy się w takich, a nie innych okolicznościach... Widmo szafirowej gwiazdy, zwanej także gwiazdą Merrow...
- To tylko mityczny skarb!
- W rzeczywistości istnieje.
Odsunął się, zaczął krążyć po pokoju przeglądając różne preparaty. Przesunął dłonią po jednym ze słoi, a później wziął do ręki skalpel lezący na stole medycznym.
-Przykro mi to słyszeć... wygląda na to że mam niewiele czasu.
- Cóż, skoro twierdzisz że gwiazda Merrow naprawdę istnieje,w takim razie...
Do oczu Gothama napłynęły łzy, kiedy młody człowiek chwycił go za włosy i przysunął broń miedzy jego brwi.
-Chyba nie mamy już więcej nic do omówienia.
Gotham usłyszał kliknięcie, serce zaczęło mu tak tłuc, że bał się o to czy nie wyskoczy mu z piersi...pomyślał o swoim życiu. Być może zasłużył? Mimo tego nie był gotowy na śmierć, nie mógł zginąć, jeszcze nie teraz! Momentalnie jego język rozsupłał jakby niewidzialny węzeł.
- Jeżeli ten skarb istnieje, jedynymi, którzy mogą cokolwiek o nim wiedzieć będą " Fairy Doctors". To wszystko co wiem... Błagam!
- "Fairy Doctors"...?
- Niewielu ich już zostało. Ci nieliczni muszą być już bliscy śmierci... Tylko dzieci jeszcze wierzą we wróżki.
-A więc twierdzisz, ze potrzebuje wiedzy Hochsztaplera?
- Cóż, chochliki i selkie... Nikt nie wierzy w ich istnienie. Jeżeli to możliwe, czy ma to jakikolwiek sens udowadniania ich istnienia? Ale jeśli ktokolwiek będzie o nich wiedział to tylko "Fairy Doctors".
-Musiałeś znać jednego z nich, prawda?
Porywaczowi podobał się ten bieg wydarzeń, w końcu coś wyciągnął od Gothama...
- Tak znałem... W Szkocji... na wsi, w okolicach Endyburga...
- Nazwisko!!!
- Panie bbłagam... Tto przyjaciel...
- Nazwisko kurwa!
- Carlton...
Ostatnią rzeczą jaką zobaczył Gotham był jego syn, który przyleciał mu na ratunek. Mierzył bronią...
- Edgarze...  znów się widzimy - odrzekł i wystrzelił. Spudłował... Trafił w pierś swego ojca.